Pagina 16 (PL)  B3-2023 PNKV BiuletynOnline.

Inga Falkowska

Nie mam kwiatów dla Pani

Strombeek-Bever pod Brukselą prezentuje się w letnim słońcu zachęcająco. Szeroka, dobrze urbanistycznie uporządkowana aleja, przy której stoją różne stylowe, zadbane domy, dużo zieleni – „Francja–elegancja”.

Czarną bramę przy wejściu do ogrodu prowadzącego do jednego z takich domów otwiera mi, w towarzystwie dwóch hałaśliwie wesołych piesków, kobieta, po której od razu widać, że jest artystką: stonowany ubiór, do góry zaczesane włosy zwinięte w ładnie uformowany kok, kilka barwnych ornamentów, wszystko bez przesady.

Już od kilku lat zamierzałem zrobić z nią wywiad dla Biuletynu. Jest wyjątkową i aktywną osobą w wielu dziedzinach sztuki.

– O, już teraz nie tak bardzo – mówi z lekkim cieniem nostalgii w głosie. – Mam teraz mnóstwo innych ważnych spraw do załatwienia, ale sztuka mnie bardzo relaksuje i motywuje, więc wciąż się nią bawię. Nie potrafię żyć bez sztuki – dodaje uspokajająco.

Inga Falkowska jest artystką wszechstronną. Maluje, wykonuje instalacje przestrzenne, robi biżuterię artystyczną, pisze poezję, prozę, zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, robi lalki dla dziecięcego teatrzyku, animacje video, deklamuje, robi podkłady głosowe, wcielając się w różne osobistości i wciąż szuka nowych form sztuki. Fascynujące, że nie tylko tak wiele rzeczy robi, ale że wszystko to robi bardzo dobrze.

Kiedy poczuła, że ma talent? – Nie wiem – wzrusza ramionami – chyba nigdy. Nie myślałam o tym, wszystko robiłam spontanicznie, dla przyjemności. Nawet wtedy, gdy pewnego dnia znalazłszy się przypadkowo w grupie studentów ASP na zajęciach w plenerze, mój szkic został pozytywnie oceniony przez ich profesora. Po prostu było mi tylko z tego powodu bardzo przyjemnie.

Chciała iść do liceum plastycznego, ale mama miała nieufność do środowiska artystycznego. Poszła do technikum chemicznego w rodzimym Lublinie… bo urzekły ją białe fartuchy laborantów i ich szkice. Chemia nie bardzo ją interesowała. Natomiast szkolna gazetka tym bardziej. Jej historyjki i kreskówki były bardzo popularne, także w szpitalu, w którym później pracowała. W owych latach perspektywy na przyszłość były w Polsce bardzo niepewne. W 1992 roku Inga postanowiła spróbować w Belgii.

Była fryzjerką, dawała szkolnym dzieciom lekcje ekspresji artystycznej, brała czynny udział w zajęciach Art Therapy i studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Brukseli. W międzyczasie rodzina powiększyła się o dwie córki. Najstarszej szykowała się wokalna kariera, ale trzeba było ją trochę do tego motywować. Inga czasami bywała z córką na występach w Jazz café, gdzie spotykali się artyści różnych sztuk. – Czułam się tam bardzo dobrze. Swoboda i różnorodność artystyczna, sposób bycia, styl życia; bardzo mi to odpowiadało, chciałam być jedną z nich. Chyba wtedy poczułam, że chcę być, że jestem artystką. Moim marzeniem było udostępnienie miejsca wszystkim artystom niezależnie od stylu czy światopoglądu do ekspozycji swych prac i dyskusji o sztuce. Galeria „Wherenowhere”, którą prowadziłam w Brukseli, miała być takim miejscem.

Inga jest osobą bardzo wrażliwą. Wrażliwy, prawdziwy artysta różni się od innych według niej tym, że „czuje 3 razy więcej, widzi i słyszy 3 razy więcej”, jak wyraziła się kiedyś w rozmowie z dziennikarką. Według mnie odnosi się to także do Ingi Falkowskiej. Jej życie duchowe jest bardzo głębokie i pełne fantazji. Poezja Ingi przepojona jest mocnymi emocjami. Sam nie mogłem oprzeć się wzruszeniu, gdy czytała mi kilka swoich wierszy.

Jej kreacje są enigmatyczne. Nie narzucają obserwatorowi oczywistych form i treści. Raczej zmuszają go do refleksji i własnej interpretacji. To nie jest łatwa sztuka, trzeba się jej czasami bardzo dobrze przyjrzeć i otworzyć się na nią. A wtedy każdy obserwator będzie „czuł 3 razy więcej, widział i słyszał 3 razy więcej”. Tak, jak pewna pani, która chciała kupić „jakiś jej obraz”. – Nie mam, niestety kwiatów dla pani – odparła Inga. – Nie o obraz z kwiatami mi chodzi. Widziałam go już. Nie wiem, jak go nazwać, ale poznam, jeśli mi pani pokaże. Bardzo chcę go mieć.

Dom Ingi to małe muzeum. Eleganckie wnętrza pełne są jej obrazów, instalacji i lalek. Jej atelier to przytulny wielobarwny pokój pełen atrybutów. Inga opowiadała szczerze o swoich marzeniach, swojej wizji sztuki i jej projekcie „5th Dimension”.

Obecnie pracuje nad książką, w której przedstawi zmagania artysty oparte na faktach.

Życzymy jej szybkiego uporania się z „ważnymi sprawami” i powrotu do aktywnego życia artystycznego. Sztuka potrzebuje jej.

Z Ingą Falkowską rozmawiał Waldemar Pankiw.

- - -